Podsłuchane/podejrzane - Koleżanki
W kawiarni siedzą dwie młode kobiety. Pchnie papierosami i perfumami.
- Nie sądzę kochanie – wyrokuje blondynka. Zerka przez ramię. Okrągła, dobrze ukrwiona twarz i pucołowate policzki. Proste, czarne brwi, zupełnie nie pasujące do złotych loczków.
Wstaje i rzuca na odchodnym: - Myślę, że po prostu miał do ciebie interes. Mężczyźni nie są mili bez powodu.
Wędruje do toalety. Korpus wyraźnie dłuższy od nóg. Wystający brzuch i wypięty tyłek. Porusza się niezgrabnym, ciężkim krokiem. Z ciała dziewczyny, które lada moment stanie się ciałem baby bije jakaś wywodząca się z prymitywizmu witalność. Odwróciło się za nią kilka głów.
Przy stoliku została niepozorna, mysia szatynka. Za duży nos, za chude palce, karykaturalnie zredukowana i cofnięta broda. Wielkie, okrągłe czoło. Jedyną ozdobą ziemistej skóry bez śladu rumieńca są zachwycająco wyraziste oczy. Mamle łyżeczką w ciastku. Brązowo kremowa porcja trafia do ust maleńkich i ściśniętych. Na przemian je i wzdycha. Koleżanka wraca i z nadwyżką ją zasłania.
- Zjadłam dzisiaj dwie kanapki z serem i jogurt. Odchudzam się do spodni. Wprawdzie wszyscy mi mówią, że nie muszę, ale to tylko tak, żeby się lepiej czuć – na dowód poklepała się po biuście.
- Nie musisz – stęknięcie jak echo wydobyło się z chudej szatynki.
- No…ty to byś mogła trochę przybrać dla odmiany – ręka blondyny nadal spoczywa na piersi wypiętej dumnie jak trofeum. Świdruje przyjaciółkę ledwie widocznym oczkiem. Na górnej powiece powoli odkłada jej się tłuszczyk. Aktualnie twarz ma bezczelny, kaukaski wyraz.
Zapada cisza. Szatynka dla odmiany się garbi. Krzyżuje ręce na miejscu, gdzie powinien się znajdować biust, a gdzie biegną kolorowe pasy na sweterku. Na wielkim czole tworzą się błyskawicznie, jedna po drugiej, zmarszczki.
Złotowłosa Jagna uświadamia sobie powoli, że czymś swoją koleżankę uraziła. W ciemnych zakamarkach świadomości zaczyna świtać coś na kształt wrażliwości. Szuka rozpaczliwie jakiegoś słówka, które by wprowadziło trochę wesołości w niemiłą atmosferę. Bitwę myśli odzwierciedla dłubiący w przednich zębach język. Znalazła. Dłubanina ustaje. Przez okno kawiarni wpada, łagodne, szare, słoneczne światło. Robi się jakby cieplej, w całym pomieszczeniu zapada intymna atmosfera.
- Słuchaj, nie martw się, mnie się robią kurze łapki – i przysuwa twarz do zmarszczonego jak zeschnięte jabłko oblicza przyjaciółki.
Mysia szatynka, po raz wtóry nazwana w swojej brzydocie, zdobywa się na heroizm. – Ale tego wcale nie widać. Bardzo ładnie wyglądasz – odpowiada.
Blondyna rozpromieniona. Zarzuca grzywą do tyłu. Z jej gardła rozbrzmiewa krótkie, uwodzicielskie „ha, ha”. Wyprostowała się, wypięła i pełnym głosem rzekła: - Twoich też w zasadzie nie widać. Może trochę na czole. Ale poza tym, może być.